Od czego zacząć przygodę z Obcym?
Jeśli nigdy nie mieliście okazji spotkać się z ksenomorfem na dużym ekranie, to gratuluję – czeka was niezła przejażdżka. Seria „Obcy” to jeden z najważniejszych horrorów science fiction w historii kina, ale z ośmioma filmami na koncie może przytłoczyć początkujących.
Kolejność ma ogromne znaczenie, choć nie z powodów, których moglibyście się spodziewać. Nie chodzi tu o skomplikowaną fabułę, którą trzeba śledzić jak w MCU – każdy film da się oglądać jako osobną historię. Problem w tym, że każda część ma zupełnie inny klimat i podejście do materiału.
Moim zdaniem najlepiej zacząć od „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” z 1979 roku. Dlaczego? Bo to po prostu arcydzieło horroru, które ustanowiło wszystkie zasady. Ridley Scott stworzył tam coś, co do dziś daje gęsią skórkę. Plus poznajecie Ellen Ripley w jej pierwotnej formie – przed tym, jak została ikoną popkultury.
Alternatywnie, jeśli jesteście fanami większych wybuchów i akcji, możecie skoczyć od razu do „Obcy – decydujące starcie” Jamesa Camerona. Ale pamiętajcie – to już zupełnie inna bajka niż claustrofobiczny horror jedynki.
Jak układa się chronologia wydarzeń w uniwersum?
Tu zaczyna się zabawa. Kolejność premier to jedno, a chronologia wydarzeń w uniwersum to drugie. Ridley Scott postanowił w 2012 roku wrócić do serii, ale nie tam, gdzie skończył – tylko 30 lat wcześniej w fabule.
Jeśli chcielibyście śledzić wydarzenia chronologicznie, zaczęlibyście od „Prometeusz” (2012) i „Obcy: Przymierze” (2017) – to prequele, które opowiadają o pochodzeniu ksenomorfa. Potem przeskakujecie do oryginalnej jedynki z 1979 roku.
„Obcy: Romulus” z 2024 roku wpasowuje się między pierwszą a drugą część – dzieje się 20 lat po wydarzeniach z Nostromo, ale przed tym, jak Ripley zostanie odnaleziona w „Decydującym starciu”. To sprytne zagranie, które pozwala twórcom opowiedzieć nową historię bez mieszania w losach głównej bohaterki.
Przyznam szczerze, oglądanie w kolejności chronologicznej ma swoje zalety – pozwala zrozumieć genezę Obcego i zobaczyć, jak rozwijała się mitologia. Ale traci się przy tym magia odkrywania tajemnic, którą zaplanowali pierwotni twórcy.
Czy prequele są konieczne do zrozumienia całości?
Okej, „Prometeusz” dzieli fanów bardziej niż polityka przy świątecznym stole. Jedni uwielbiają filozoficzne rozważania o pochodzeniu ludzkości, inni wołają „gdzie mój Obcy?!”. Prawda jest taka, że prequele nie są konieczne do zrozumienia oryginalnej sagi.
„Obcy – ósmy pasażer Nostromo” świetnie funkcjonuje jako zamknięta historia. Nie musicie wiedzieć, skąd się wziął ksenomorf – wystarczy, że jest i że chce was zjeść. To była zresztą pierwotna idea Ridleya Scotta – tajemnica była częścią strachu.
Ale jeśli lubicie głębszą mitologię, to „Prometeusz” i „Przymierze” wnoszą sporo do uniwersum. Poznajecie Inżynierów – rasę, która stworzyła ludzkość, oraz Davida – androida, który ma swoje plany względem ewolucji. „Przymierze” pokazuje też, jak mogły powstać jajka Obcego, które znajdziemy na LV-426.
Moja rada? Obejrzyjcie najpierw oryginalną sagę Ripley, a potem wróćcie do prequeli. Wtedy docenicie zarówno klasykę, jak i nowe podejście do materiału.
Które filmy są kanoniczne, a które można odpuścić?
Aha, dotarliśmy do zawiłego tematu. Filmy „Obcy kontra Predator” (2004) i „Obcy kontra Predator: Requiem” (2007) to spin-offy, które nie wchodzą w skład głównego kanonu. Ridley Scott i inni twórcy głównej serii po prostu je ignorują.
Czy można je odpuścić? Absolutnie. Czy warto je obejrzeć? To zależy od waszego podejścia do B-klasowych potworków. Pierwsza część ma swój urok jako „guilty pleasure”, druga… cóż, ma przynajmniej krótki czas trwania.
Wszystkie pozostałe filmy są kanoniczne, choć fani mają różne zdania co do ich jakości. „Obcy 3” i „Obcy: Przebudzenie” często są krytykowane, ale stanowią oficjalne zakończenie historii Ripley. „Obcy 3” ma zresztą interesującą historię produkcji – David Fincher zrzekł się go z powodu ingerencji studia.
Twórcy „Romulus” wyraźnie nawiązują do wszystkich części głównej serii, więc jeśli chcecie złapać wszystkie easter eggi, warto obejrzeć komplet. Ale nie czujcie się zmuszeni – ksenomorf nie ugryzie przez ekran, jeśli przegapicie jakąś referencję.
Jak ewoluowała seria przez dekady?
Każdy reżyser zostawił w serii swój niepowtarzalny ślad, i to właśnie czyni ją tak fascynującą. Ridley Scott dał nam claustrofobiczny horror rodem z „Dziesięciu małych Murzynków” – załoga jeden po drugim ginie na izolowanym statku.
James Cameron w „Decydującym starciu” poszedł w stronę filmu wojennego. Zamiast jednego Obcego mamy całą armię, zamiast przerażenia – adrenalinę. To genialny ruch, który pokazał, że seria może być czymś więcej niż tylko horrorem.
David Fincher w „Obcy 3” wrócił do korzeni horroru, ale dodał mroczny, niemal nihilistyczny ton. Jean-Pierre Jeunet w „Przebudzeniu” postawił na surrealistyczny humor i groteskę. Ridley Scott w prequelach eksploruje filozoficzne pytania o stworzenie i ewolucję.
Która formuła najlepsza? To kwestia gustu. Osobiście uważam, że różnorodność to największa siła serii. Dzięki temu każdy znajdzie coś dla siebie – czy to klasyczny horror, czy kosmiczną akcję, czy filozoficzną science fiction.
Co musisz wiedzieć przed seansem Obcy: Romulus?
Fede Álvarez, reżyser „Romulus”, wyraźnie sygnalizował, że jego film to powrót do korzeni horroru z pierwszej części. Jeśli obejrzeliście tylko „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”, spokojnie zrozumiecie wszystko, co dzieje się w „Romulus”.
Ale żeby złapać wszystkie smaczki, warto znać przynajmniej podstawy. „Romulus” nawiązuje do eksperymentów Weyland-Yutani Corporation, które przewijają się przez całą serię. Znajdziecie tam też odniesienia do „Prometeusza” – szczególnie do czarnej substancji i eksperymentów z ewolucją.
Pamiętacie ten moment, gdy Obcy wyskakuje z klatki piersiowej w jedynce? „Romulus” ma parę takich klasycznych momentów, ale z nowoczesnymi efektami. Álvarez świetnie balansuje między hołdem dla klasyki a świeżym podejściem.
Jeśli szukacie prostej odpowiedzi – obejrzyjcie „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” przed „Romulus”. Jeśli macie więcej czasu i chęci, dodajcie „Decydujące starcie” i „Prometeusz”. Reszta to już dodatki dla completystów.
Czy serial Alien: Earth zmieni wszystko?
Noah Hawley, twórca „Fargo”, pracuje nad serialem „Alien: Earth” dla FX. Akcja ma się dziać na Ziemi, 30 lat przed wydarzeniami z pierwszego filmu. To oznacza, że po raz pierwszy w głównym kanonie zobaczymy, jak ksenomorfy radzą sobie na naszej planecie.
Co wiemy na pewno? Niewiele. Hawley zapowiadał, że chce eksplorować korporacyjną stronę uniwersum – Weyland-Yutani i ich obsesję na punkcie „idealnego organizmu”. Serial ma też wprowadzić nowe postacie i nie opierać się na znanych bohaterach.
Czy to zmieni kanon? Prawdopodobnie tak, ale nie drastycznie. Hawley deklarował szacunek dla oryginalnych filmów i chęć rozszerzenia uniwersum, a nie jego przepisania. Plus serial ma być prequelem, więc nie powinien mieszać w losach Ripley i spółki.
Moja prognoza? „Alien: Earth” może zrobić dla serii to, co „The Mandalorian” zrobił dla „Gwiezdnych wojen” – odświeżyć markę i przyciągnąć nowych fanów. Ale to tylko spekulacje – poczekamy, zobaczymy.
Jaka jest optymalna kolejność dla różnych typów widzów?
Maraton dla purysty: Zacznijcie od „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”, potem „Decydujące starcie”, „Obcy 3” i „Przebudzenie”. To da wam pełną historię Ellen Ripley. Następnie „Prometeusz” i „Przymierze” jako prequele, a na koniec „Romulus” jako powrót do korzeni.
Ścieżka dla początkującego: „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” to must-have. Jeśli spodoba wam się, dodajcie „Decydujące starcie” dla kontrastu i „Romulus” dla nowoczesnego podejścia. Reszta według chęci i czasu.
Wersja dla fana sci-fi akcji: Zacznijcie od „Decydujące starcie” – to najlepsza część dla fanów „Terminatora” czy „Predatora”. Potem „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” dla kontrastu i „Prometeusz” dla większej skali. „Romulus” jako deser.
Pamiętajcie – nie ma jednej słusznej kolejności. Seria „Obcy” to jak dobra whisky – każda butelka ma swój charakter, ale wszystkie warte są spróbowania. Najważniejsze, żebyście się dobrze bawili i nie dali się przestraszyć (no, może trochę).
Podsumowanie: Twój osobisty przewodnik po sadze
Po prawie pięciu dekadach seria „Obcy” pozostaje jedną z najważniejszych franczyz science fiction. Niezależnie od tego, czy zaczniecie od klasycznego horroru Ridleya Scotta, czy rzucicie się na głęboką wodę z prequelami, czeka was niezapomniana podróż.
Moja osobista rekomendacja? Zacznijcie od „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”. To film, który zmienił kino gatunkowe i wprowadził jedną z najsilniejszych bohaterek w historii. Sigourney Weaver jako Ellen Ripley to wzór dla wszystkich późniejszych „final girls”.
Jeśli pierwszy film wam przypadnie do gustu, masz przed sobą godziny świetnej rozrywki. Każda kolejna część oferuje coś innego – od wojennej akcji po filozoficzne rozważania o naturze stworzenia. To rzadkość w Hollywood, gdzie sequele często są tylko kalkami oryginału.
I pamiętajcie – nie ma pośpiechu. Seria „Obcy” nikudy się nie wybiera, a ksenomorf poczeka na was w kosmosie. Nikt was nie słyszy krzyczeć, ale też nikt was nie pogania. Wybierzcie kolejność, która najbardziej was kręci, i ruszajcie w podróż po jednym z najfascynujących uniwersów science fiction.
Miłego seansu – i pamiętajcie, żeby sprawdzić, czy nikt nie czai się w wentylacji!
„`
